CHAPTER 1: Pusta dębowa trumna w Konstancinie
Part 1
„Nie podpiszę protokołu odbioru zwłok, póki ten mały nie przestanie krzyczeć!” – wpadła w szał moja macocha Elżbieta, gdy w kaplicy w Konstancinie-Jeziornie dwustu gości z warszawskiej elity zamarło w milczeniu. Osiemnoletni Leoś, mój kuzyn, wyrwał się matce, dopadł do dębowej trumny mojego przyrodniego brata Mateusza i zaczął walić w nią pięściami, wrzeszcząc, że pod drewnem coś brzęczy. Mateusz miał zginąć dwa tygodnie temu w katastrofie jachtu u wybrzeży Nantucket w USA, a zapieczętowana trumna sprowadzona za 180 000 złotych czekała na państwowy pogrzeb. Gdy ochrona próbowała odciągnąć chłopca, ten pociągnął za mosiężny zatrzask, a ciężkie wieko opadło z łoskotem na marmurową posadzkę. Trumna była całkowicie pusta – leżał w niej tylko czarny, wibrujący telefon satelitarny, na którego ekranie wyświetlał się mój własny numer.
Ciężkie, polerowane wieko z dębowego drewna uderzyło o białą marmurową posadzkę. Dźwięk, ostry i ogłuszający, odbił się echem od wysokich sklepień kaplicy w Konstancinie, skutecznie zagłuszając melancholijną melodię organów, która jeszcze przed chwilą wypełniała powietrze.
Kolektywny wdech, niczym nagły, bolesny chwyt powietrza przez dwieście par płuc, przetoczył się przez zebranych gości. Byli to ludzie z warszawskiej elity, znane twarze z pierwszych stron gazet, teraz zastygłe w makabrycznej pozie zbiorowego szoku.
Ich jedwabne szale i drogie, perfekcyjnie skrojone garnitury nagle wydały się groteskowe w obliczu tej absurdalnej rzeczywistości.
Nikt nie drgnął.
Wszyscy zapatrzyli się na pustą, otwartą trumnę, która powinna była skrywać ciało Mateusza Jabłońskiego. Jej wnętrze, starannie wyściełane lśniącym, czarnym atłasem, było pustką.
Tylko w miejscu, gdzie zazwyczaj spoczywała głowa, a potem klatka piersiowa zmarłego, leżał pojedynczy, prostokątny przedmiot.
Ciemny, czarny telefon satelitarny.
Wibrował nerwowo na drogocennym atłasie, wydając głośny, monotonny dźwięk połączenia. To brzęczenie, obojętne na powagę chwili, wydawało się kpić z całej ceremonii, z rozpaczy – czy też jej udawania – w jaką pogrążyli się zgromadzeni.
Leosia, mojego ośmioletniego kuzyna, który wcześniej z takim uporem domagał się uwagi, teraz trzymała jego matka, próbując go uspokoić. Chłopiec, ożywiony niezwykłym słuchem, z którego powodu był czasami niezrozumiały dla innych, wyrwał się jej.
„Mówiłem! Mówiłem, że coś brzęczy!” – jego głos, wysoki i drżący, przebił się przez ogólną ciszę, wzmocniony echem kaplicy.
Wskazywał palcem na otwartą trumnę.
Dwaj dryblasi z ochrony, ubrani w nienaganne czarne garnitury, którzy przed chwilą siłowali się z chłopcem, próbując go odciągnąć, teraz stali bezradnie. Ich potężne muskuły i przeszkolenie okazały się bezużyteczne wobec tej surrealistycznej sceny.
Jeden z nich, z wyraźnym trudem, przełknął ślinę.
Sygnał dzwonka z telefonu narastał, zdawał się wiercić w głowach wszystkich obecnych, jak wiertło w kamieniu. Czułam, jak puls przyspiesza mi w skroniach, jak zimny pot zbiera się na karku, a w uszach słyszę szum krwi.
Mateusz Jabłoński, mój przyrodni brat, charyzmatyczny CEO firmy GreenEnergy Polska, miał zginąć dwa tygodnie temu. Katastrofa jachtu u wybrzeży Nantucket w USA.
Sprowadzona za 180 000 złotych trumna, zapieczętowana na rozkaz macochy Elżbiety, miała zawierać jego ciało. Mateusz, który zawsze kochał przepych, miał otrzymać pogrzeb państwowy, godny magnata energetycznego.
A teraz to. Pusta trumna.
I telefon.
Na jego ekranie, jasno podświetlonym w półmroku kaplicy, wyświetlił się numer.
Mój własny numer telefonu.
Numer, który tylko Mateusz i zaledwie kilka innych osób z rodziny znało. Mój prywatny numer, używany do spraw służbowych i osobistych, który rzadko kiedy udostępniałam.
Serce zamarło mi w piersi. Czy to był jakiś okrutny żart? Czy Mateusz, znany ze swoich manipulacji, posunąłby się aż tak daleko? Czy to było ostatnie, cyniczne pożegnanie?
Czułam na sobie spojrzenia wszystkich. Najpierw na otwartej trumnie, potem na wibrującym telefonie, a na końcu na mnie. Jakbym to ja, Martyna Jabłońska, analityk finansowy, od zawsze odepchnięta od rodowego majątku, od zawsze postrzegana jako „ta inna”, była odpowiedzialna za ten absurdalny teatr.
Elżbieta, moja macocha, stała przy ołtarzu. Jej wcześniej perfekcyjnie ułożone platynowe włosy opadały teraz na twarz, częściowo zasłaniając jej oczy. Odzyskawszy głos, zaczęła wrzeszczeć.
„To jakaś farsa! Ktoś nam to zrobił! Martyna, ty coś wiesz! To twoja sprawka!”
Jej oskarżycielski palec wycelowany był prosto we mnie. W jej głosie słyszałam nie tylko gniew i niedowierzanie, ale i panikę. Panikę osoby, której perfekcyjnie zaplanowany świat właśnie się zawalił, a wielomilionowa wypłata z ubezpieczenia nagle zniknęła w oparach absurdu.
Tymczasem ja czułam tylko zimną pustkę w żołądku. Patrzyłam na ten wibrujący przedmiot, jak na bombę z opóźnionym zapłonem, której tykanie stawało się coraz głośniejsze, coraz bardziej natarczywe.
Z tyłu kaplicy, pod ścianą, pojawiły się dwie masywne sylwetki w granatowych mundurach. Policja.
Komisarz Dariusz Nowak, którego twarz zapamiętałam z rodzinnych bankietów, wcześniej oparty nonszalancko o kolumnę, teraz wyprostował się. Jego wzrok, wcześniej obojętny, przeszedł z trumny na mnie, a w nim dostrzegłam nutę irytacji połączoną z drapieżną ciekawością.
Wiedziałam, że Elżbieta ma na niego wpływ. Nasza rodzina, przez lata zbudowana na ogromnej fortunie i sieci powiązań GreenEnergy, miała wpływy wszędzie. Ale to, co działo się teraz, przekraczało wszelkie granice tolerancji nawet dla nich.
Gdzieś z boku, ktoś, prawdopodobnie z personelu, upuścił tacę ze szklankami i butelkami wody. Rozbiły się z brzękiem na marmurze. Nikogo to nie obeszło. Ich wzrok był przykuty do mnie, do pusta trumny, do tego dzwoniącego telefonu.
Cały świat nagle zawęził się do tego jednego dzwoniącego telefonu i mojego numeru na wyświetlaczu.
Dlaczego mój numer?
Co to wszystko miało znaczyć? Czy Mateusz, mój przyrodni brat, z którym od lat miałam chłodne relacje, próbował się ze mną skontaktować zza grobu? Czy to była pułapka? Czy jego ostatnie słowa, te które usłyszałam w szpitalu, były kłamstwem?
„Nie zapomnij o mnie, Martyna. Masz rację, nigdy nie byłem dla ciebie bratem. Ale może czas to zmienić.”
To były jego ostatnie słowa. Wypowiedziane przez telefon, w nocy, tuż przed „wypadkiem”. Wspominałam o tym tylko Piotrowi, mojemu byłemu partnerowi z uczelni.
Musiałam się dowiedzieć. Nie mogłam zostawić tego tak po prostu, nie mogłam udawać, że mnie to nie dotyczy. Prawda o Mateuszu, o jego życiu i „śmierci”, była skomplikowana. Jako analityk finansowy wiedziałam, że muszę zbadać każdą dostępną informację.
Czułam, jak trzęsą mi się dłonie, ale nie z powodu strachu, lecz z powodu narastającej determinacji. Jakbym nagle wpadła w wir, który pochłonął całe moje racjonalne myślenie.
Zrobiłam krok do przodu, czując, jak twardy, zimny marmur kaplicy chłodzi mi stopy. Każdy dźwięk, każdy szmer, wydawał się być wzmocniony w tej nagłej, wymuszonej ciszy, w tym zbiorowym zawieszeniu.
Zobaczyłam Leosia, który nadal stał przy trumnie. Teraz był cichy, tylko jego mała pierś unosiła się i opadała szybko. Patrzył na mnie z pytającym, pełnym nadziei wzrokiem, jakby czekał na wyjaśnienie, które ja sama desperacko próbowałam znaleźć.
Podeszłam do trumny. Pochyliłam się, czując zapach starych kwiatów i wosku, który mieszał się z metalicznym zapachem strachu. Wibrujący telefon satelitarny był na wyciągnięcie ręki.
Chwyciłam go. Był zimny, gładki i zaskakująco ciężki. Sygnał dzwonka ucichł w tym samym momencie, w którym moje palce dotknęły obudowy.
Na ekranie nadal migał mój numer telefonu.
Czułam, jak wzrok dwustu ludzi, a także ten ciężki, oceniający wzrok komisarza Nowaka, skupia się na mnie, przebijając mnie na wskroś. Ich myśli były głośne jak krzyki.
Niepewnie, moja ręka drżała, gdy naciskałam zieloną słuchawkę.
Part 2
Nacisnęłam zieloną słuchawkę. W sekundę później z głośnika telefonu satelitarnego, który nadal trzymałam w drżącej dłoni, dobiegł zniekształcony, metaliczny głos. Był to głos Mateusza. Bez wątpienia. Mój przyrodni brat, który miał nie żyć, przemawiał do mnie z pustej trumny.
Jego słowa, choć przefiltrowane przez technikę satelitarną i lekko stłumione, były wyraźne i budziły grozę: „Martyna, jeśli to słyszysz, to masz mało czasu. Ta wiadomość została nagrana cztery godziny temu. Uciekaj z domu w Konstancinie, zanim wsadzą cię do więzienia. Elżbieta i Kornelia właśnie złożyły na ciebie fałszywe doniesienie o kradzieży w prokuraturze. Spodziewaj się policji w każdej chwili.”
Szum w moich uszach nagle ustąpił miejsca ogłuszającej ciszy. Słowa Mateusza brzmiały w mojej głowie jak wyrok. Fałszywe doniesienie? Kradzież? To było tak absurdalne, że ledwo mogłam w to uwierzyć, a jednocześnie cała racjonalna część mojego umysłu zaczęła układać puzzle. Macocha, która zawsze chciała mnie skrzywdzić. Prawniczka Kornelia, która od dawna była Mateuszowi bezgranicznie oddana. Plan, który nagle nabierał przerażającego sensu.
Zanim zdążyłam przetrawić te słowa, zanim mój umysł zareagował na to ostrzeżenie, drzwi kaplicy otworzyły się z hukiem. Dwieście par oczu, które przed chwilą patrzyły na mnie z mieszaniną ciekawości i potępienia, teraz zwróciły się w stronę wejścia.
Komisarz Nowak, teraz już nie oparty nonszalancko o kolumnę, lecz z poważnym, ponurym wyrazem twarzy, wkroczył do środka. Za nim weszło czterech umundurowanych policjantów, ich kroki odbijały się głucho od marmurowej posadzki. Ich obecność, w tym miejscu i w tej chwili, była jak uderzenie obuchem w głowę.
Wzrok Nowaka spoczął bezpośrednio na mnie, a w nim nie było już żadnej nuty irytacji czy ciekawości, a jedynie zimna determinacja. Ruszył pewnym krokiem w moją stronę, a za nim podążyli funkcjonariusze.
„Martyna Jabłońska?” – zapytał, jego głos był twardy, stanowczy i nieznoszący sprzeciwu. „Na mocy nakazu prokuratorskiego, żądam natychmiastowego przeszukania pani torebki oraz samochodu zaparkowanego pod kościołem.”
ROZDZIAŁ 2: Podrzucone obligacje i nocna ucieczka z Konstancina
Komisarz Dariusz Nowak przeszedł przez tłum w kaplicy i położył dłoń na kaburze pistoletu. Wyraz jego twarzy nie zdradzał żadnych emocji.
“Pani Martyno Jabłońska, proszę natychmiast wyjść przed kościół” – powiedział zimnym, bezbarwnym głosem. “Otrzymaliśmy oficjalne zgłoszenie przestępstwa”.
Na zewnątrz deszcz bębnił o maskę mojego czarnego Volvo. Obok samochodu stała moja macocha, Elżbieta, z pociemniałymi od złości oczami i zacśniętymi w wąską linię wargami.
“Otwórz bagażnik, Martyno” – powiedziała Elżbieta, a jej głos drżał od wymuszonej satysfakcji. “Wszyscy wiedzą, że okradałaś spółkę, zanim twój brat zdążył ostygnąć”.
Komisarz Nowak nie czekał na moją odpowiedź. Wyciągnął mi kluczyki z dłoni i sam włożył je do zamka. Klapa podniosła się z cichym sykiem.
Na czarnej tapicerce leżała gruba, brązowa teczka ze skóry.
Nowak otworzył ją jednym ruchem. W środku znajdowały się pliki papierów wartościowych zabezpieczone holograficznymi paskami GreenEnergy.
“Obligacje na okaziciela” – obwieścił komisarz, wyciągając plik na oczach zgromadzonych dziennikarzy. “Łączna wartość nominalna wynosi dwa miliony pięćset tysięcy złotych. Dokładnie te, które zniknęły z sejfu wczoraj wieczorem”.
“To podrzutka!” – wykrzyknęłam, próbując zrobić krok w stronę auta, ale dwóch policjantów chwyciło mnie za ramiona.
“Zabrać ją na Waliców” – rzucił Nowak, nawet na mnie nie patrząc.
Metalowe kajdanki wbiły się w moje nadgarstki z głośnym szczękiem.
Spędziłam czternaście godzin w ciemnej celi przesłuchań Komendy Stołecznej Policji. Przesłuchanie ciągnęło się bez końca, a pytania dotyczyły wyłącznie moich rzekomych długów.
O trzeciej nad ranem drzwi celi otworzyły się ze zgrzytem.
W progu stał wysoki mężczyzna po czterdziestce, w powycieranym skórzanym płaszczu. Miał zniszczoną twarz i gęste, posiwiałe na skroniach włosy.
“Piotr Krawczyk, były śledczy ubezpieczeniowy BalticRisk” – powiedział, kładąc na stole pokwitowanie wpłaty. “Twoja kaucja wynosiła sto tysięcy złotych. Właśnie ją opłaciłem”.
Uniosłam wzrok, przecierając zmęczone oczy.
“Dlaczego pan to robi?” – zapytałam ostrożnie.
“Twój brat trzy lata temu zniszczył moją karierę i wrobił mnie w łapówkarstwo” – odpowiedział Piotr, otwierając przede mną drzwi. “Masz dokładnie czterdzieści osiem godzin, zanim prokurator złoży zażalenie. Musimy znaleźć Mateusza, zanim on wykończy ciebie”.
ROZDZIAŁ 3: Tajemnica Nantucket i spłonęły jacht bez załogi
Biuro Piotra mieściło się na poddaszu starej kamienicy na warszawskiej Woli. Pokój pachniał tanią kawą i starymi aktami.
Na ścianie wisiała wielka mapa wybrzeża USA z zaznaczonym czerwonym punktem w pobliżu wyspy Nantucket.
“Spójrz na to” – powiedział Piotr, rzucając na biurko wydruk z amerykańskiej straży przybrzeżnej. “Jacht Mateusza był warty cztery miliony pięćset tysięcy dolarów”.
Przyjrzałam się czarno-białym zdjęciom spalonego kadłuba.
“Zatonął podczas sztormu, tak pisali w gazetach” – pociągnęłam łyk zimnej wody.
“To kłamstwo dla mediów” – Piotr postukał palcem w wykres fali uderzeniowej. “Eksplozja nastąpiła od wewnątrz, dokładnie o godzinie 03:15 rano. Ładunek thermite’u został odpalony sygnałem radiowym”.
Przesunął w moją stronę kolejną kartkę – rejestr połączeń satelitarnych.
“Sygnał detonujący nie pochodził z bazy w USA” – dodał ściszonym głosem. “Został wysłany z terytorium województwa mazowieckiego”.
W tym samym momencie zadzwonił mój prywatny telefon. Na ekranie wyświetlił się numer domowy mojej ciotki.
Odebrałam od razu. W głośniku usłyszałam szybki, nierówny oddech małego Leosia.
“Martyna… ciocia Elżbieta znowu jechała” – wyszeptał chłopiec, a w jego głosie słychać było panikę. “Ja to narysowałem. Odpowiedziałem ci na kartce”.
“Co narysowałeś, Leosiu?” – zapytałam łagodnie.
“Srebrne auto jeździ tam co drugi dzień o dziesiątej w nocy. Tam jest wysoki płot i duże radio na dachu”.
Dwa minuty później otrzymałam zdjęcie rysunku wysłane przez gospodynię Zofię. Na koślawym szkicu ośmioletniego chłopca widniał czarny napis z bramy: *Prywatna Klinika Neurologiczna w Otwocku*.
ROZDZIAŁ 4: Wieża nadawcza w Otwocku i więziony ojciec
Mgła nad Otwockiem była tak gęsta, że ledwo widzieliśmy ceglany mur otaczający ośrodek.
Piotr trzymał w ręku przenośny odbiornik częstotliwości, połączony z telefonem satelitarnym z trumny.
Czerwona dioda na obudowie błyskała coraz szybciej, im bliżej podchodziliśmy do Skrzydła B.
“Lokalizator karty SIM logował się dokładnie z tej wieżyczki na dachu” – wyszeptał Piotr, wskazując szary budynek z zakratowanymi oknami.
Przeskoczyliśmy przez niski płot od strony zaplecza gospodarczego. Zamki w drzwiach ewakuacyjnych ustąpiły pod naciskiem wytrychu Piotra po kilkunastu sekundach.
Na korytarzu pachniało środkami dezynfekcyjnymi i spalonym olejem.
Podejdźmy do sali numer 104. Przez szklane okienko w drzwiach zobaczyłam znajomą sylwetkę.
Na łóżku leżał mój ojciec, Marek Jabłoński. Miał sześćdziesiąt siedem lat, ale wyglądał na osiemdziesiąt. Był podłączony do stałej kroplówki, a jego twarz była całkowicie pozbawiona ekspresji.
“Tato…” – wyszeptałam, wpadając do sali.
Złapałam go za rękę. Jego skóra była zimna i wilgotna. Nie zareagował na mój głos, patrząc tępo w sufit.
Piotr podszedł do szafki nocnej i szarpnął za szufladę. Wyciągnął z niej plik dokumentów opatrzonych czerwoną pieczęcią notarialną.
“Spójrz na to, Martyno” – powiedział, pokazując mi pierwszą stronę.
Było to pełnomocnictwo finansowe opiewające na kwotę czterdziestu pięciu milionów złotych. Beneficjentem była spółka Amber Holding z siedzibą w Vaduz w Liechtensteinie.
Na dole strony widniał koślawy, ledwo czytelny podpis mojego ojca.
“Oni go tu trują” – wykrztusiłam, czując, jak łzy zalewają mi oczy. “On nie ma żadnej demencji”.
ROZDZIAŁ 5: Lekarska zdrada i fałszywe próbki DNA
Ciche puknięcie do drzwi sprawiło, że obaj zamarliśmy. Do sali wszedł mężczyzna w białym kitlu, trzymający w ręku strzykawkę z żółtawym płynem.
Był to doktor Andrzej Pawlak, ordynator oddziału.
Gdy nas zobaczył, drgnął i próbował wycofać się na korytarz. Piotr był jednak szybszy. Docisnął lekarza do ściany, wykręcając mu rękę na plecach.
“Jeden krzyki, a ten zastrzyk trafi w twoją szyję” – warknął Piotr.
Pawlak zaczął gwałtownie łapać powietrze.
“Ja tylko wykonywałem polecenia!” – wyszeptał przerażony lekarz. “Mówili, że to kwestia sukcesji majątkowej!”.
“Kto ci zapłacił за fałszywy protokół zgonu z Gdańska?” – zapytałam, stając tuż przed nim.
Pawlak przełknął ślinę. Wyraz jego twarzy zdradzał całkowitą uległość.
“Mecenas Kornelia Vance-Kowalska…” – wyznał cicho. “Czterysta tysięcy złotych gotówką. Miałem spłacić długi karciane”.
“A próbki DNA?” – dociskał Piotr, zwiększając nacisk na rękę lekarza. “Co wysłaliście do laboratoriów w USA?”.
“To nie była krew Mateusza” – Pawlak zamknął oczy. “Kornelia załatwiła tkanki biologiczne z rzeźni w Kartuzach. Sfałszowaliśmy numery serii w oficjalnym rejestrze”.
Martwa cisza zaległa w sali.
Piętnaście minut później wynieśliśmy mojego ojca przez wyjście ewakuacyjne, usadzając go na tylnym siedzeniu samochodu Piotra.
O siódmej rano ojciec był już bezpieczny w prywatnym, ukrytym mieszkaniu naszej starej gospodyni, Zofii, na obrzeżach Warszawy.
ROZDZIAŁ 6: Pożar w rezydencji i odcięte konta
O dziesiątej rano próbowałam zapłacić za leki dla ojca w aptece. Karta płatnicza została odrzucona.
Zalogowałam się do aplikacji bankowej. Na ekranie pojawił się czerwony komunikat: *Konto zablokowane na wniosek Prokuratury Rejonowej*.
Zostało mi dokładnie trzysta czterdzieści złotych w gotówce.
W tym samym czasie w telefonie Piotra odezwał się alarm z aplikacji informacyjnej.
“Martyna, zobacz to” – podał mi ekran.
Na ekranie widać było kłęby czarnego dymu unoszące się nad naszą rodzinną rezydencją w Konstancinie. Nagłówek głosił: *Tragiczny pożar w wilii magnata energetycznego*.
“Elżbieta pali dowody” – powiedziałam, czując chłód w żołądku. “Zniszczyła archiwum ojca i oryginalny testament z 2018 roku”.
Zanim zdążyłam wpaść w panikę, do drzwi mieszkania Zofii ktoś zapukał.
Stała tam sama Zofia, trzymając pod fartuchem małą, czarną kopertę.
“Pani Martyno…” – powiedziała trembling głosem gospodyni. “Udało mi się to wyciągnąć z serwerowni, zanim podpalili poddasze”.
Rzuciłyśmy się do komputera Piotra. Na małej karcie pamięci microSD znajdował się plik wideo z nagraniem z wewnętrznego monitoringu rezydencji.
Data na nagraniu wskazywała dzień przed rzekomym wylotem Mateusza do Stanów Zjednoczonych.
Na filmie było widać, jak Mateusz osobiscie pakuje do pancernego sejfu w gabinecie pliki banknotów sto- i pięćseteurowych.
Łączna kwota wypisana na taśmie pakowej wynosiła trzy miliony pięćset tysięcy euro.
“On nigdzie nie poleciał” – wyszeptałam. “On cały czas tu był”.
ROZDZIAŁ 7: Odnalezienie żywego brata w Gdańsku
Piotr wykorzystał swoje dawne kontakty w rezerwacjach kart kredytowych systemów morskich. Ślad transakcji opłaconej kartą fikcyjnej firmy z Panamy doprowadził nas do Gdańska.
Dotarliśmy pod luksusowy wieżowiec przy ulicy Szafarnia o zmierzchu.
Mieszkanie mieściło się na ostatnim piętrze, z bezpośrednim widokiem na marinę jachtową.
Piotr bezszelestnie otworzył zamek szyfrowy wytrychem cyfrowym. Drzwi uchyliły się bez dżwięku.
Ze środka dobiegał dźwięk muzyki klasycznej i śmiech.
Weszłam do salonu. W centralnym punkcie stojącego przy oknie narożnika siedział mój brat, Mateusz.
Był opalony, ubrany w drogi lniany garnitur, i trzymał w ręku kieliszek szampana. Obok niego siedziała Kornelia Vance-Kowalska.
Na podłodze przy wejściu stały trzy skórzane walizki, a na stole leżały dwa niebieskie paszporty z godłem Republiki Vanuatu.
Mateusz powoli odstawił kieliszek na szklany stolik. Nie wyglądał na zaskoczonego.
“No proszę” – powiedział z szerokim, bezczelnym uśmiechem. “Moja mała, ambitna siostrzyczka. Jak udało ci się wydostać z dołka na Waliców?”.
“Ty żyjesz…” – powiedziała głosem, który ledwo przypominał mój własny.
“Oczywiście, że żyję” – Mateusz wstał i podszedł do mnie na odległość kroku. “I dla polskiego wymiaru sprawiedliwości jestem oficjalnie martwy. A martwego człowieka nie można pozwać, Martyno”.
ROZDZIAŁ 8: Trzy warstwy prawdy pod niebem Bałtyku
Kornelia wstała z kanapy, chowając paszporty do torebki.
“Nie masz na nas nic, Martyno” – powiedziała chłodno prawniczka. “Policja szuka cię za kradzież obligacji, a twój ojciec nie dożyje końca tygodnia”.
“Dlaczego to zrobiłeś, Mateusz?” – wykrzyknęłam. “Ojciec dał ci wszystko!”.
Mateusz zaśmiał się głośno, rzucając spojrzenie na morze za oknem.
“Dał mi firmę, która miała sześćdziesiąt milionów złotych długu u funduszu w Luksemburgu!” – warknął, a jego uśmiech nagle zniknął. “Gdyby sprawa wyszła na jaw, poszedłbym siedzieć na dziesięć lat”.
“I dlatego oszukałeś matkę?” – zapytał Piotr, wychodząc z cienia korytarza.
Mateusz spojrzał na Piotra z pogardą.
“Moja kochana matka, Elżbieta, myślała, że gramy w jednej drużynie” – wyznał Mateusz z zimnym rozbawieniem. “Pomogła mi urządzić ten cyrk z trumną, bo liczyła na dwanaście milionów złotych z mojej polisy ubezpieczeniowej na życie”.
Zbliżyłam się o krok do stolu.
“Ale ty jej tych pieniędzy nie zostawisz, prawda?” – zapytałam.
Mateusz uśmiechnął się jeszcze szerzej.
“Sfałszowałem jej podpis na aktach darowizny trzy dni temu” – powiedział bez cienia wstydu. “Przejąłem cały jej prywatny majątek o wartości czternastu milionów złotych i przelałem go do Szwajcarii. Kiedy policja zorientuje się, że trumna jest pusta, mama zostanie z długami, zarzutami i ruiną w Konstancinie”.
Kornelia spojrzała na zegarek.
“Czas na nas, Mateusz. Samochód do portu czeka” – powiedziała ponaglająco.
ROZDZIAŁ 9: Pułapka w Porcie Gdynia i zablokowany przelew
Mateusz szarpnął za walizki i zepchnął mnie z drogi, wybiegając na klatkę schodową.
“Piotr, ruszaj!” – krzyknęłam, biegnąc za nimi.
Zjechali windą do podziemnego garażu i odjechali czarnym Audi w stronę portu w Gdyni.
Piotr wsiadł do naszego samochodu i odpalił silnik. On jednak nie patrzył na drogę, lecz na tablet zamontowany na desce rozdzielczej.
“Co robisz?” – zapytałam, gdy wyprzedzał ciężarówkę na czerwonym świetle.
“Ten telefon satelitarny z trumny…” – powiedział Piotr z wyrazem tryumfu na twarzy. “Mateusz nie wiedział, że sparowałem go z systemem monitoringu transakcji Krajowej Administracji Skarbowej”.
Na ekranie tabletu pojawił się czerwony pasek postępu transakcji bankowej.
Mateusz w tym samym momencie próbował zatwierdzić transfer czterdziestu pięciu milionów złotych z konta ojca na rachunek w Liechtensteinie za pomocą aplikacji mobilnej.
“Mamy to!” – wykrzyknął Piotr, uderzając dłonią w kierownicę. “Wywiad skarbowy właśnie zamroził transfer w czasie rzeczywistym!”.
Wjechaliśmy na teren Nabrzeża Francuskiego w Gdyni.
W odległości stu metrów widzieliśmy Mateusza i Kornelię, którzy biegli w stronę motorówki mającej zabrać ich na prywatny jacht stojący poza wodami terytorialnymi Polski.
Nagle całe nabrzeże rozświetliły niebieskie i czerwone koguty.
Zza kontenerów wyjechały cztery opancerzone furgonetki Straży Granicznej i Centralnego Biura Śledczego Policji.
“Ręce na głowę! Nie ruszać się!” – rozległ się potężny głos z głośnika.
ROZDZIAŁ 10: Ostateczny upadek gigantów z Konstancina
Mateusz upuścił walizkę na beton. Kornelia próbowała wyrzucić swój telefon do wody, ale funkcjonariusz CBŚP powalił ją na ziemię, zanim zdążyła wykonać ruch.
Mateusz stał w blasku reflektorów, z twarzą przyciśniętą do zimnego asfaltu. Gdy zakładano mu kajdanki, spojrzał na mnie z nienawiścią.
W tym samym czasie w rezydencji w Konstancinie działa się druga część dramatu.
Komisarz Nowak, który dotąd wykonywał polecenia Elżbiety, musiał sam dokonać jej aresztowania na podstawie nakazu wydanego przez Prokuraturę Krajową.
Elżbieta została wyciągnięta z domu w szlafroku, gdy w panice upychała do skórzanej torby biżuterię o wartości miliona ośmiuset tysięcy złotych.
Trzy dni później stałam w sali Szpitala Uniwersyteckiego w Warszawie.
Mój ojciec, Marek Jabłoński, po całkowitym odstawieniu neuroleptyków odzyskał pełną świadomość.
Jego głos był jeszcze słaby, ale spojrzenie miało dawny, ostry blask.
“Martyno…” – powiedział, ściskając moją dłoń. “Dziękuję ci”.
W obecności notariusza ojciec oficjalnie odwołał wszystkie pełnomocnictwa udzielone żonie i synowi.
Sąd Okręgowy w Warszawie wyznaczył mnie na tymczasowego zarządcę majątku GreenEnergy Polska.
ROZDZIAŁ 11: Nowy świt nad firmą i sprawiedliwość
Dwa miesiące później w Sądzie Okręgowym w Warszawie zapadł ostateczny wyrok.
Mateusz Jabłoński został skazany na dwanaście lat pozbawienia wolności bez możliwości ubiegania się o przedterminowe zwolnienie przed odbyciem ośmiu lat kary.
Sąd uznał go winnym usiłowania wyłudzenia majątku, sfałszowania własnego zgonu oraz usiłowania kradzieży czterdziestu pięciu milionów złotych.
Elżbieta Jabłońska straciła cały majątek.
Jej rezydencja w Konstancinie o wartości czternastu milionów złotych została zlicytowana na rzecz Skarbu Państwa i pokrycie długów firmy.
Za udział w spisku ubezpieczeniowym i próbie wyłudzenia dwunastu milionów złotych z polisy otrzymała wyrok sześciu lat więzienia.
Kornelia Vance-Kowalska została dożywotnio pozbawiona prawa do wykonywania zawodu adwokata i skazana na pięć lat pozbawienia wolności.
Udało mi się zrestrukturyzować długi GreenEnergy. Firma odzyskała płynność finansową, a trzysta dwadzieścia osób zachowało swoje miejsca pracy.
Piotr Krawczyk odzyskał licencję detektywistyczną oraz dobre imię, zostając oficjalnym szefem pionu bezpieczeństwa w naszej spółce.
Mały Leoś, mój kuzyn, trafił pod opiekę najlepszych specjalistów w ośrodku w Krakowie, gdzie ma zapewnioną stałą i spokojną opiekę.
Stałam na balkonie odnowionego biura GreenEnergy, patrząc na panoramę Warszawy.
Kto buduje swój dom na fundamencie z kłamstw i puste trumny, ten musiał się spodziewać, że pewnego dnia spocznie w nim własna przyszłość.

Leave a Reply