CHAPTER 1: Cień na marmurowej płycie
Part 1
Mój były partner, Wiktor, dopadł mnie w prywatnej sali luksusowej kliniki w Dolnym Śląsku, gdy byłam w siódmym miesiącu ciąży.
Bez słowa ostrzeżenia pchnął mnie z całą siłą na ciężki, marmurowy stół zabiegowy, próbując doprowadzić do nieszczęścia i zniszczyć moje małżeństwo z Mikołajem.
Gdy drzwi się otworzyły i do środka wbiegł mój mąż, Wiktor natychmiast osunął się na ziemię, łapiąc się za twarz i krzycząc, że to ja go zaatakowałam w szale obłędu.
Mikołaj spojrzał na mnie z przerażeniem, a lekarze zaczęli mówić o natychmiastowym przeniesieniu mnie na oddział zamknięty.
Nie wiedzieli jednak, że w rogu zabytkowego sufitu ukryta była nowoczesna kamera, a mój stryj już jechał na miejsce z dowodami.
Delikatne światło wlewało się przez wysokie, ostrołukowe okna, muskając wypolerowaną posadzkę z ciemnego drewna. Dzień w klinice Mikołaja zazwyczaj przynosił mi ulgę po tygodniach ciężkiej pracy konserwatorskiej.
To miejsce, niegdyś neogotycki pałac, a teraz luksusowa placówka medyczna, otaczało mnie spokojem.
Skończyłam właśnie rutynowe badania kontrolne. W siódmym miesiącu ciąży każda wizyta była ważna.
Gładziłam delikatnie brzuch, czując, jak nasze dziecko, mój mały cud, porusza się niecierpliwie.
Mikołaj miał przyjść lada moment. Mieliśmy razem omówić dalsze plany dotyczące porodu.
Nagle, bez pukania, drzwi do mojej prywatnej sali rozwarły się z hukiem.
Moje serce podskoczyło do gardła.
W progu stał Wiktor. Jego oczy płonęły nienawiścią, a twarz wykrzywiona była w grymasie, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
Zrobił dwa, może trzy kroki. Wydawało się, że powietrze w pomieszczeniu gęstnieje, staje się ciężkie i nieruchome.
Zanim zdążyłam zareagować, jego dłonie zacisnęły się na moich ramionach. Zaskoczył mnie swoją siłą.
Chciałam krzyknąć, ale słowa uwięzły mi w gardle.
Popchnął mnie. Nie delikatnie, nie przypadkiem. Z całą brutalną, bezwzględną siłą, jaka drzemie w mężczyźnie.
Czułam, jak tracę równowagę. Instynktownie osłoniłam brzuch rękami, próbując ochronić moje nienarodzone dziecko.
Moje plecy uderzyły o zimną, twardą powierzchnię. Poczułam ostry ból, który przeszył mnie od kręgosłupa aż po czubki palców.
Leżałam na czarnym, marmurowym stole zabiegowym, który jeszcze chwilę temu był dla mnie podparciem. Teraz stał się narzędziem tortur.
Z ust wydobył mi się zdławiony jęk. Otworzyłam oczy.
Wiktor stał nade mną, jego twarz była blada. W jego oczach widziałam przerażenie, ale szybko zniknęło, zastąpione czymś innym. Czymś zimnym i wyrachowanym.
Właśnie wtedy drzwi ponownie się otworzyły.
Wpadł Mikołaj. Jego twarz była spocona, a oddech urywany. Widział mnie, leżącą na stole, i Wiktora stojącego nade mną.
W jednej sekundzie, zanim Mikołaj zdołał się ruszyć, Wiktor upadł na ziemię.
Wydał z siebie głośny, rozdzierający krzyk.
Chwycił się za twarz, z ust wydobywały mu się urywane, histeryczne słowa.
„Ona mnie zaatakowała! Dostała ataku szału! Jest niezrównoważona!”
Mikołaj zamarł w miejscu. Jego oczy rozszerzyły się, gdy patrzył na leżącego Wiktora, a potem na mnie.
W jego spojrzeniu nie było gniewu, ani nawet współczucia. Było czyste, nieprzyjemne przerażenie.
Za Mikołajem do sali wbiegł zespół medyczny, prowadzony przez ordynator dr Beatę Król.
Była to kobieta o chłodnej, profesjonalnej aparycji, zawsze z nienagannym makijażem i idealnie upiętymi włosami. Jej spojrzenie było niczym rentgen.
Uklękła przy Wiktorze.
„Proszę, uspokój się. Co się stało?”
Wiktor zaczął głośno szlochać, udając całkowite załamanie.
„Chciała mnie zabić! Ona jest niebezpieczna! Próbowała zepchnąć mnie ze schodów!”
Oczy dr Król przeniosły się na mnie, leżącą na stole. Jej twarz była maską.
Pielęgniarki zaczęły już stawiać diagnozy, wymieniając się zaniepokojonymi spojrzeniami.
„Psychoza ciążowa?”
„Histeryczne zachowanie?”
Mikołaj stał jak sparaliżowany. Nawet nie podszedł do mnie, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Tylko wpatrywał się w podłogę.
Dr Król wstała. Podeszła do stolika obok. Podniosła słuchawkę telefonu.
„Oddział zamknięty, proszę. Przygotować pokój obserwacyjny. Mamy pacjentkę, która… może wymagać natychmiastowego przeniesienia”.
Moje spojrzenie utkwiło w Mikołaju. Błagałam go wzrokiem, żeby coś powiedział, żeby zaprzeczył. Żeby stanął po mojej stronie.
Ale on milczał, unikając mojego spojrzenia. Jego twarz była zaciśnięta.
Lekarze zaczęli zmierzać w moim kierunku.
Part 2
Mój wzrok spotkał się z Mikołajem, który milczał, unikając mojego spojrzenia. Jego twarz była zaciśnięta.
Lekarze zaczęli zmierzać w moim kierunku. Ich twarze były poważne, a spojrzenia pełne niepokoju.
Czułam, jak narasta we mnie panika. Próbowałam usiąść, ale ból w plecach i brzuchu był zbyt silny.
Mikołaj w końcu odzyskał głos. Próbował uspokoić sytuację, mówiąc coś o stresie i zmęczeniu, ale jego słowa brzmiały pusto i nieszczerze.
Dr Król, z lodowatym spokojem, oznajmiła, że „niestety, kamera monitorująca w tej sali była akurat wyłączona z powodu planowanego remontu systemowego”.
Jej głos był pozbawiony emocji, ale w jej oczach dostrzegłam cień ulgi – dla niej liczyła się tylko reputacja kliniki.
Nikt nie zadał sobie trudu, by sprawdzić mnie, ani moje dziecko. Cała ich uwaga skupiła się na udającym ofiarę Wiktorze.
W tym zamieszaniu, Mikołaj wyszedł z lekarzami na korytarz, żeby „załatwić formalności”, zostawiając mnie na krótką chwilę samą.
W sali zapanowała cisza. Słyszałam tylko swoje własne, przyspieszone bicie serca.
Nagle drzwi uchyliły się ponownie. Tym razem wślizgnął się przez nie cichy, spłoszony cień.
Był to Tomasz, szef ochrony Wiktora z jego domu aukcyjnego. Znałam go z widzenia – zawsze lojalny, zawsze cichy.
Jego ręce drżały. Miał spoconą twarz i patrzył na mnie z przerażeniem, jakby bał się każdego cienia.
Podszedł do mnie szybkim, nerwowym krokiem. Sprawdził, czy nikt nie idzie korytarzem.
Wsunął mi do dłoni mały pendrive.
„To nagranie z ukrytej kamery technicznej” – wyszeptał. „Nie pozwolę na krzywdę ciężarnej kobiety, pani Karolino.”
ROZDZIAŁ 2: Srebrny koperta z 1888 roku
Na ekranie laptopa stryja Aleksandra drżał obraz z ukrytej kamery. Widziałam, jak Wiktor wbiega do sali, jego twarz była wykrzywiona.
Nie patrzył mi w oczy. Wpatrywał się w marmurowy stół.
Jego ręce szukały czegoś gorączkowo, zanim pchnął mnie z całą siłą. Palce, drżące i spocone, wodziły po gładkiej powierzchni czarnego kamienia, jakby próbował wyrwać coś z jego wnętrza.
“Patrz, Karolino,” powiedział stryj, przesuwając kursor. “Zaraz tutaj.”
Wskazał na niewielkie wgłębienie przy krawędzi stołu. Było puste, choć wyraźnie wyżłobione na jakiś okrągły przedmiot.
“Coś tam było,” szepnęłam, a dreszcz przebiegł mi po plecach. “Coś, co Wiktor próbował zabrać.”
Na kolejnej klatce filmu widać było, jak Wiktor obraca się, a w jego dłoniach na chwilę błyska coś srebrnego. To był zabytkowy zegarek kieszonkowy.
Grawer na kopercie był niewyraźny, ale wydawało się, że to jakaś data.
“Musiał tam być od zawsze,” powiedział stryj, a jego głos był skupiony. “Wbudowany w stół, jakby był jego częścią.”
“Co to mogło znaczyć?” spytałam, wciąż próbując zrozumieć.
“To zmienia całą sprawę,” odparł Aleksander, zamykając laptopa. “Nie chciał cię skrzywdzić z zazdrości, tylko po to, żeby coś zabrać. Ale co?”
“Tego się dowiemy,” dodał, wstając z krzesła. “Muszę sprawdzić archiwa. Od jakiego rodu ten zegarek?”
ROZDZIAŁ 3: Szepty w środowisku
Telefon dzwonił bez przerwy. Nie był to mój. To był służbowy, a jego dzwonek stawał się coraz bardziej irytujący.
“Znowu odwołanie,” powiedziała Aneta, moja asystentka, wchodząc do biura z blikiem kartek. Jej twarz była blada. “Zlecenie na konserwację fresków w zamku Czocha. Mieliśmy już zaliczkę.”
Rzuciła papiery na biurko.
“Co się dzieje?” zapytałam, czując, jak ogarnia mnie niepokój. “Przecież to duży kontrakt.”
“Wiktor Kowalczyk,” odparła cicho Aneta. “Rozsiewa plotki. Mówi, że… że masz problemy psychiczne. Psychozę ciążową.”
Zacisnęłam pięści. To było podłe.
“Kto w to wierzy?”
“Wszyscy,” Aneta wzruszyła ramionami. “Szepcze się w środowisku, że na oddziale w klinice rzuciłaś się na niego z nożem. Że stół marmurowy został uszkodzony.”
W ciągu dwóch dni straciliśmy zlecenia na łączną kwotę 350 000 złotych. Każdy kolejny telefon, każdy odwołany projekt, wbijał mi kolejny sztylet w plecy.
Moje nazwisko, kiedyś cenione w branży konserwacji zabytków, teraz było synonimem szaleństwa.
Spojrzałam na swój duży, ciążowy brzuch. Byłam izolowana.
Wiktor chciał mnie zniszczyć nie tylko w oczach Mikołaja, ale w całym moim życiu zawodowym.
ROZDZIAŁ 4: Kaplica zaginionych dzieci
Stryj Aleksander wrócił ze Wrocławia. Jego twarz była zmęczona, ale w oczach błyszczało dziwne światło.
“Odkryłem coś,” powiedział, kładąc na stole ciężką, zakurzoną teczkę. “Zegarek z nagrania.”
Zaczął rozkładać stare mapy i pożółkłe dokumenty.
“Ten marmurowy stół w klinice Mikołaja,” wyjaśnił, “nie jest zwykłym stołem. Został przeniesiony. Z kaplicy.”
Kaplicy? Pomyślałam o luksusowej sali zabiegowej, pachnącej nowością.
“Kaplica Wiszniewskich,” kontynuował stryj, wskazując palcem na starą rycinę. “Nigdy nie dokończona. Rozebrana w 1890 roku po… pewnej serii nieszczęść.”
Przesunął dokumenty. Wśród nich znajdował się rejestr parafialny z XIX wieku.
“Spójrz,” powiedział, wskazując na konkretne wpisy. “Pięcioro dzieci. Z rodu Wiszniewskich.”
Każde zmarło dokładnie w siódmym miesiącu od poczęcia.
“Pod tym samym dachem,” szepnął stryj. “Kaplica była ich rodowym mauzoleum. I to właśnie z niej pochodzi stół. Na którym Wiktor próbował wyrwać ten zegarek.”
Zegarek, który pokazywał datę 1888. Dwa lata przed zburzeniem kaplicy.
Czułam, jak zimny dreszcz przebiega mi po karku, mimo że słońce wpadało przez okno.
ROZDZIAŁ 5: Zimny dotyk muru
Pałac Mikołaja pod Świdnicą był zawsze elegancki i nieco ponury, ale nigdy wcześniej nie czułam w nim takiego zimna.
Tej nocy obudził mnie dreszcz. Nie był to zwykły chłód, ale przenikliwe zimno, które wydawało się wibrować z samych ścian.
Moje oddech unosił się w powietrzu małymi obłoczkami. Sięgnęłam po telefon – termometr pokazywał minus dwa stopnie Celsjusza. Wewnątrz sypialni.
Mikołaj leżał obok mnie, śpiąc głęboko. Jego oddech był regularny, uśmiech delikatny. Nie ruszył się ani na milimetr.
Wstałam z łóżka. Stopy niemal przymarzały do posadzki. Podeszłam do wielkiego lustra w rzeźbionej ramie.
Na jego powierzchni nagle pojawiła się cienka rysa. Potem druga. I trzecia.
Linie rozchodziły się, tworząc kształt. Nie mogłam w to uwierzyć. To były cyfry.
Dokładnie 23.06. Kolejne pęknięcia ułożyły się w 2024. Planowana data mojego porodu.
Odskoczyłam od lustra, serce waliło mi w piersi. Szklana powierzchnia stała się matowa, pokryta szronem od wewnątrz.
Zimno było niemal fizycznym dotykiem. Czułam, jak coś przesuwa się w murach pałacu, patrząc na mnie.
Mikołaj nadal spał, niewzruszony, jakby chłód go nie dotyczył.
ROZDZIAŁ 6: Wyznanie strażnika
Na stacji benzynowej za miastem dymił papieros. Tomasz, szef ochrony Wiktora, wyglądał na jeszcze bardziej zaszczutego niż ostatnim razem.
Rozglądał się nerwowo. Jego ręce drżały.
“Muszę ci coś powiedzieć,” wyszeptał, nachylając się bliżej. “Wiktor… on nie jest tym, za kogo go masz.”
“Próbował mnie zabić!” powiedziałam, nie mogłam tego zrozumieć.
“Nie chciał cię zabić,” odparł Tomasz, potrząsając głową. “Wiktor… on spędził trzy noce w archiwum domu aukcyjnego. Grzebał w starych listach rodowych Wiszniewskich. Jak oszalały.”
Czułam się zdezorientowana. Wiktor, właściciel domu aukcyjnego, grzebiący w starych listach?
“Powtarzał ciągle,” kontynuował Tomasz, “że ‘czas ucieka’. Że ‘ona musi stamtąd uciec przed pełnią’. Mówił o jakimś ‘krwawym darze’, który mury pałacu wymagają od każdej nowej matki.”
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
“Próbowałam z nim rozmawiać,” dodał Tomasz. “Chciał wydać fortunę na ten zegarek, bo wierzył, że to coś powstrzyma. Coś złego.”
“Bzdury!” syknęłam. “To tylko jego chora zazdrość. Chce pieniędzy od Mikołaja, a teraz wymyśla jakieś historie.”
Tomasz skulił się. “Rób, co chcesz, ale wiem, co widziałem. On naprawdę w to wierzył. I wiedział coś o tobie. O twojej rodzinie.”
ROZDZIAŁ 7: Uderzenie w wierzycieli
Stryj Aleksander zasiadł do pracy w swoim gabinecie. Jego sieć kontaktów, budowana przez lata kariery sędziowskiej, była rozległa.
W ciągu kilku godzin jego telefon rozgrzał się do czerwoności. Rozmawiał z prawnikami, analitykami finansowymi, a nawet z członkami zarządów banków.
Przesłał im plik. Nagranie z kamery technicznej w klinice, opatrzone weryfikowalnym podpisem cyfrowym.
“Napaść na ciężarną kobietę w luksusowej klinice, w dodatku przez klienta banku,” powiedział do słuchawki, a jego głos był spokojny, ale stanowczy. “Klienta, któremu właśnie udzieliliście kredytu na 14 milionów złotych.”
Cisza po drugiej stronie.
“Czy to nie jest ryzyko wizerunkowe?” zapytał Aleksander. “I moralne?”
Bankowi analitycy zaczęli nerwowo sprawdzać księgi Wiktora. Reputacja była wszystkim w ich świecie.
Nagranie przedstawiało nie tylko sam atak, ale także moment, w którym Wiktor próbował wyrwać coś z marmurowego stołu. Coś, co teraz nabierało zupełnie nowego kontekstu dzięki opowieści Tomasza.
Czułam, jak szala zaczyna się przechylać. Wiktor myślał, że mnie osaczył, ale teraz to on miał stanąć pod ścianą.
ROZDZIAŁ 8: Efekt domina
Wieść o nagraniu rozeszła się błyskawicznie w zamkniętym kręgu finansistów i kolekcjonerów sztuki. Takie skandale były jak pożar w suchym lesie.
Telefon Wiktora musiał dzwonić bez przerwy, ale ja wiedziałam to tylko z plotek.
Trzech głównych depozytariuszy, którzy powierzyli mu swoje kolekcje na aukcje, natychmiast wycofało dzieła sztuki. Ich łączna wartość? Osiem milionów złotych.
“Wycofane,” usłyszałam w rozmowie mojej asystentki z jednym z moich dawnych klientów. “Kowalczyk jest spalony.”
To wywołało efekt domina. Z dnia na dzień, dom aukcyjny Wiktora, kiedyś symbol prestiżu, nagle stanął na skraju przepaści.
Bank, uderzony wizerunkowo i finansowo, zażądał natychmiastowego wyjaśnienia i dodatkowych zabezpieczeń. Czternaście milionów złotych kredytu nagle stało się ciężarem nie do uniesienia.
Inwestorzy zaczęli panikować, wycofując swoje udziały. Nikt nie chciał być kojarzony z człowiekiem, który zaatakował ciężarną kobietę i który, jak teraz szeptano, był bliski bankructwa.
Wiktor, który tak bardzo chciał mnie zniszczyć, sam powoli zaczynał tonąć.
ROZDZIAŁ 9: Upadek bankruta
Kolejne 48 godzin było dla Wiktora absolutnym piekłem.
Banki nie czekały. Zażądały od niego natychmiastowego spłacenia kredytu lub przedstawienia dodatkowego zabezpieczenia hipotecznego.
Wiktor, pozbawiony płynności finansowej, nie był w stanie tego zrobić. Jego konta zostały zablokowane.
Wkrótce po tym widziałam zdjęcia w sieci. Policja i komornicy stali przed jego domem aukcyjnym w Świdnicy. Pieczętowano drzwi.
“Kowalczyk zbankrutował,” powiedział Mikołaj, oglądając wiadomości w telewizji. “Jego wspólnicy się wycofali. Został z niczym.”
Nie czułam triumfu. Raczej dziwną pustkę. Zniszczyłam człowieka, który tak bardzo mnie skrzywdził, ale to zwycięstwo nie przynosiło mi ulgi.
Wiktor stracił wszystko. Majątek, reputację, pozycję społeczną. Był zupełnie sam, bez sprzymierzeńców.
Teraz leżał na ziemi, a ja patrzyłam na jego upadek, stojąc na gruzach jego imperium.
ROZDZIAŁ 10: Noc w bibliotece
Myślałam, że to koniec. Sprawa Wiktora była zamknięta, a moje życie mogło wrócić do normalności.
Jednak tej nocy w pałacu Mikołaja usłyszałam cichy brzęk szyb. To dochodziło z dolnej biblioteki, gdzie przechowywane były najstarsze zbiory.
Spojrzałam na Mikołaja. Jego strona łóżka była pusta. Zazwyczaj pracował do późna w gabinecie.
Wstałam, czując ostry chłód, który stał się stałym elementem każdej nocy w pałacu.
Szłam po ciemnych, dębowych schodach. Brzęk nasilał się. To nie były szyby, to był metal o metal.
Otworzyłam drzwi do biblioteki. Wnętrze tonęło w półmroku, rozświetlone jedynie wąskim pasem światła księżyca.
W kącie, przy otwartym sejfie podłogowym, klęczała wynędzniała postać. Zniszczony, brudny, w podartym ubraniu.
To był Wiktor.
Wyglądał jak cień samego siebie. Jego ręce gorączkowo szukały czegoś w sejfie Mikołaja.
“Wiktor?” mój głos był tylko szeptem.
Podniósł głowę. W jego oczach nie było nienawiści. Był tylko strach.
ROZDZIAŁ 11: Prawda bez świadków
“Wiktor, wyjdź natychmiast!” powiedziałam, czując, jak serce wali mi w piersi. “Zaraz wezwę ochronę!”
Jego oczy były podkrążone. Nie krzyczał. Nie atakował. Po prostu patrzył na mnie, a potem na zawartość sejfu.
Wychylił się i z drżącymi rękoma wyciągnął stamtąd pożółkły pergamin. Oprócz niego położył na podłodze coś srebrnego – to był ten sam zegarek kieszonkowy z marmurowego stołu.
“Nie chciałem cię skrzywdzić na marmurze,” powiedział, a jego głos był ledwo słyszalny, przerywany szlochem. Łzy spływały mu po brudnych policzkach.
“Chciałem wywołać krwotok,” kontynuował. “Żebyś karetką pogotowia trafiła do szpitala miejskiego we Wrocławiu.”
Byłam w szoku. Co on mówił?
“Gdybyś stamtąd wyjechała,” Wiktor uniósł drżącą rękę, “twoje dziecko by przeżyło.”
Wskazał na pergamin. “Jeśli urodzisz je w tym pałacu… Mikołaj złoży je w ofierze mrocznej sile gotyckich murów.”
W ręku trzymał list sprzed ponad stu lat, z grawerowaną datą 1888 na srebrnym zegarku.
ROZDZIAŁ 12: Mroczny pakt rodowy
Moje ręce drżały, gdy wzięłam pergamin od Wiktora. To nie był zwykły list. To był pakt.
Był podpisany przez przodka Mikołaja, a data pod spodem to 1888 rok.
Czytałam słowa, które powoli rozsypywały mój świat na kawałki. Rodzina Wiszniewskich od trzech stuleci utrzymywała swój majątek, swoje ziemie, swoją potęgę.
Cena była straszliwa. Pierworodny syn z każdego pokolenia musiał zostać złożony w ofierze siłom tkwiącym w ziemi pod pałacem.
Przełknęłam ślinę. Mój syn. Moje dziecko.
Spojrzałam na Wiktora. Jego twarz była pełna bólu i rozpaczy.
“Skąd to wiesz?” zapytałam, ledwo łapiąc oddech.
“Odkryłem to w starych księgach aukcyjnych Mikołaja,” wyjaśnił Wiktor. “To wszystko było zapisane, zaszyfrowane.”
“Mikołaj… On wiedział o twoim ataku?” mój głos był słaby.
“Wiedział,” Wiktor skinął głową. “Widział mnie, jak wchodziłem do kliniki. Celowo pozwolił mi tam wejść. Chciał, żebym cię skompromitował. Żebyś była w jego oczach wariatką, która nie może opuścić pałacu. Chciał odwrócić twoją uwagę.”
Uświadomiłam sobie okrutną prawdę. Zniszczyłam jedynego człowieka, który chciał mnie ocalić.
Mojego stryja i Wiktora. Żaden z nich nie wiedział o skali zagrożenia, dopóki Wiktor nie odkrył tego strasznego paktu.
ROZDZIAŁ 13: Trzy dni później
Dokładnie trzy dni później Wiktor Kowalczyk był spłukany, bezdomny i zmuszony do opuszczenia Świdnicy. Jego imperium runęło.
Ja siedziałam przy wielkim, dębowym stole w pałacowej jadalni. Światło poranka wpadało przez wysokie okna, rzucając złote smugi na polerowane drewno.
Naprzeciwko mnie siedział Mikołaj. Uśmiechał się ciepło, podając mi filiżankę herbaty z ziół, którą podobno miał przygotować dla mnie na „nerwy”.
“Musisz dbać o siebie, skarbie,” powiedział, a w jego oczach nie było ani cienia zmartwienia. “Dla naszego dziecka.”
Trzymałam rękę na brzuchu. Czułam jego delikatne ruchy. I czułam też coś innego.
Potężny, przenikliwy chłód bił z podłogi pod moimi stopami. Ten sam, który nawiedzał sypialnię, ten, który sprawiał, że lustra pękały.
Ten, który wydawał się z każdym dniem silniejszy.
Wiedziałam już. Wygrałam walkę z Wiktorem, ale przegrałam własne życie.
Zniszczyłam człowieka, który chciał mnie wyrwać z paszczy wilka, i sama zamknęłam za sobą drzwi do pałacu, w którym ściany od dawna czekały na krew mojego dziecka.
Leave a Reply