CHAPTER 1: Kamień i złociste oczy.
Part 1
Mój były narzeczony Sambor ogłosił w całej kasztelanii, że jestem czarownicą odpowiedzialną за śmierć strażników w starym uroczysku.
Podczas szalejącej burzy przypadkowo naruszyłam pieczęć starożytnego kurhanu i uwolniłam uwięzionego pod ziemią tysiąc lat temu smoczego księcia Radomira.
Mój były partner wysłał za nami zbrojnych po tym, jak znalazłam ukryty w kamiennej szkatułce pergamin ujawniający jego prawdziwą zdradę.
Gdy książę przybrał postać ogromnego smoka, by mnie chronić, chciał wyjawić prawdę o moim pochodzeniu, lecz ryk gromu i deszcz strzał zagłuszyły jego ostatnie słowa.
Zimny wiatr wgryzał się w moje kości. Deszcz siekł po twarzy niczym grad, zamazując mi widok na ścieżkę.
Ciemność zapadła tak gęsta, że ledwie widziałam własne wyciągnięte dłonie. Każdy krok był walką z rozmokłą ziemią, która próbowała mnie pochłonąć.
Grzmot przetoczył się z potworną siłą, wstrząsając całym uroczyskiem. Dźwięk był tak bliski, że poczułam go w zębach.
Wiedziałam, że nie dobiegnę do leśnej chaty, zanim burza rozpęta się na dobre. Musiałam znaleźć jakieś schronienie.
W oddali, w rozbłysku kolejnego pioruna, majaczyła sylwetka starego kurhanu. Omszały, zapomniany kopiec ziemi, o którym szeptano straszne historie.
Zupełnie jakby jakaś niewidzialna siła pchała mnie właśnie tam, do tego mrocznego miejsca.
Przyspieszyłam kroku, łapiąc płytkie oddechy. Moje ubranie przylgnęło do mnie, nasiąknięte wodą i błotem.
Kiedy dotarłam do kurhanu, jego zbocza okazały się być bardziej strome, niż wyglądały.
W szalonym porywie wiatru, gałęzie starych dębów chłostały mnie niczym baty.
U jego podstawy, częściowo zasłonięta przez pnącza, znajdowała się nisza. Wejście, które pamiętałam z opowieści.
Kiedyś ludzie przynosili tu ofiary, by przebłagać dawne duchy.
Teraz, w obliczu takiej nawałnicy, nawet te duchy wydawały się lepszą perspektywą niż pewna śmierć od uderzenia pioruna.
Wślizgnęłam się w wąski otwór. Czułam pod dłońmi wilgotny kamień.
Wewnątrz panowała gęsta ciemność, lecz o dziwo, nie było tu tak zimno jak na zewnątrz. I ciszej.
Deszcz dudnił stłumionym echem, a wiatr jedynie jęczał gdzieś daleko.
Napotkałam na swojej drodze dużą, płaską kamienną płytę. Leżała pod kątem, lekko oparta o ścianę.
Była porośnięta mchem i wręcz zlana z otoczeniem.
Mój wzrok przyzwyczajał się do mroku. Odważyłam się dotknąć jej powierzchni.
Kamień był zaskakująco gładki pod palcami, jakby ktoś polerował go przez stulecia.
Wiatr z zewnątrz zawył ponownie, potężnym podmuchem, który wdarł się do wnętrza niszy.
Płyta zaskrzypiała. Z trudem, ale poruszyła się.
Zaskoczona, odruchowo oparłam o nią dłonie, próbując ją powstrzymać.
Niestety, zamiast tego, pchnęłam ją z impetem.
Kamień drgnął, zgrzytnął ohydnie, a potem zsunął się z hukiem, odsłaniając za sobą czarny otwór.
Głęboką czeluść, z której natychmiast buchnął zapach stęchlizny i czegoś… starszego.
Czegoś metalicznego, ziemistego, a zarazem jakby elektryzującego.
Wiedziałam, że to nie był zwykły kamień. To musiała być pieczęć.
Cofnęłam się gwałtownie, serce waliło mi w piersiach niczym młot. Czułam, jak całe moje ciało drży.
Wtem, z ciemności otworu, powoli, z niesamowitą godnością, wyłoniła się postać.
Wysoki mężczyzna, o sylwetce wyrzeźbionej z granitu, odziany w proste, ale szlachetne tkaniny, których krój wydawał się być niezmienny od wieków.
Jego skóra była blada, jakby nigdy nie widział słońca.
Lecz tym, co uderzyło mnie najbardziej, były jego oczy. Dwa płonące ogniki czystego złota.
Spoglądały na mnie z intensywnością, która przekraczała ludzkie pojmowanie.
Wyczuwałam w nich bezgraniczne zmęczenie, ale też… jakąś dziwną znajomość.
“Nareszcie” – powiedział. Jego głos był głęboki i melodyjny, jak szmer starożytnych rzek, lecz nosił w sobie ciężar minionych wieków.
“Czekałem na ciebie. Tysiąc lat. Tak długo.”
Zamurowało mnie. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa.
Przecież to było niemożliwe. To musiał być sen, koszmarny miraż wywołany burzą i strachem.
Mężczyzna zrobił krok w moją stronę. Jego złociste oczy badały moją twarz, każdy detal, z pieczołowitością artysty.
Wyciągnął dłoń. Była silna, długa, ale nie dotknął mnie. Zatrzymał się w powietrzu.
“Twoje oczy… poznaję je” – wyszeptał, a w jego głosie zabrzmiała nuta melancholii, która przeszyła mnie do szpiku kości.
“To ten sam płomień, to samo światło, które widziałem po raz ostatni w oczach mojej ukochanej, zanim pogrążyłem się w wiecznym śnie.”
Wandę Kalinowską opuściła resztka sił. Ściskając mocno kamienną ścianę kurhanu, poczuła, jak ziemia kołysze się pod jej stopami.
Part 2
Nogi ugięły się pode mną. Przed oczami zawirowały mi ciemne plamy. Głos mężczyzny rozbrzmiewał w głowie, a ja byłam na granicy utraty przytomności.
Tysiąc lat? Ukochana? Nie miałam siły, by to pojąć.
Lecz oszołomienie trwało krótko. Z zewnątrz, mimo burzy, dobiegły głośne krzyki i tupot butów na rozmiękłej ziemi.
„W tamtą stronę! Tam się schroniła czarownica!”
Serce podskoczyło mi do gardła. Sambor. Tylko on mógł mnie tak nazwać i nasyłać na mnie zbrojnych.
Drzwi kurhanu stały otwarte. W rozbłysku pioruna zobaczyłam sylwetki mężczyzn z pochodniami, których światło tańczyło dziko.
Zbrojni wpadli do niszy z okrzykami. Na ich czele Sambor, mój były narzeczony. Jego oczy pałały nienawiścią, twarz wykrzywiona w maskę furii.
„Wanda! Nie dość, że wzywasz demony, to jeszcze wleczesz się w przeklęte miejsca!” – krzyknął. Nie było w nim śladu dawnej troski.
Radomir, tajemniczy mężczyzna ze złotymi oczami, stanął przede mną. Chronił mnie własnym ciałem, spokojny i majestatyczny.
Sambor wyciągnął miecz. „Zabić ją! Zabić czarownicę! Zabić każdego, kto stoi na jej drodze! Niech kasztelan nie dowie się o tych plugawych rytuałach!”
Wiedziałam, to nie ratunek. To był wyrok. Sambor nie przyszedł mnie ocalić, tylko pozbyć się świadka.
W tej samej chwili, gdy Sambor wydał rozkaz, mój wzrok padł na dłoń Radomira. Wciąż trzymał w niej małą, kamienną szkatułkę, teraz otwartą.
W środku znajdował się świeży zwój pergaminu. Zaciśnięta pieczęć kasztelanii lśniła w świetle pochodni.
Rozpoznałam to pismo. Litery, ostre, z długimi ogonkami.
To był charakter pisma Sambora. On tu był. Przede mną.
ROZDZIAŁ 2: Kamienna szkatułka pod mechami
Wszystko działo się w zawrotnym tempie. Zbrojni Sambora wpadli do kurhanu, a on sam wykrzykiwał obelgi, nazywając mnie czarownicą.
Wtem spojrzałam na dłonie Radomira. Nie, nie był to już ten sam człowiek, którego widziałam chwilę wcześniej.
Teraz trzymał w dłoniach małą, kamienną szkatułkę.
Była otwarta.
W jej wnętrzu leżał świeży pergamin, zrolowany i spięty pieczęcią kasztelanii. Moje serce zamarło.
To niemożliwe.
Poznałam ten charakter pisma. Należał do Sambora. Linia była zbyt pewna siebie, zbyt znana z listów miłosnych, które kiedyś do mnie pisywał.
Radomir spojrzał na mnie, jego złociste oczy odzwierciedlały blask błyskawicy.
“On tu był” – powiedział, a jego głos był niczym szmer dawnego wiatru. “Chciał tego złota. Chciał zniszczyć to miejsce”.
Pergamin był dowodem. Dowodem na to, że Sambor nie przybył tu, by mnie ratować. Przybył, by mnie wrobić.
On musiał być tu wcześniej. Zanim jeszcze burza rozpętała się na dobre. Zanim ja w ogóle zbliżyłam się do uroczyska.
ROZDZIAŁ 3: Słowa gorsze niż tracić krów
Sambor, widząc blask Radomira i moją twarz, na której malował się szok, cofnął się gwałtownie. Jego oddech stał się urywany.
“Czarownica!” – wrzasnął ponownie, jego głos dygotał. “Uciekajcie! To potwór!”
Zbrojni, wystraszeni, rzucili się za nim. Uciekli z kurhanu w deszczową noc, zostawiając nas samych.
Poczułam zimny dreszcz, ale to nie wina wiatru. Sambor nie był tchórzem, gdy chodziło o złoto.
Wiedziałam, że to nie koniec.
Kilka chwil później, z daleka, usłyszałam już inny krzyk. Krzyk Sambora, ale tym razem bardziej wściekły, głośniejszy.
Zbierał ludzi w osadzie.
“To sprawka Wandy!” – grzmiał jego głos, niosący się przez deszcz. “Ta obca zielarka sprzedała duszę diabłu! Sprowadziła zarazę na nasze bydło!”
Ujrzałam płonące pochodnie, przesuwające się w stronę uroczyska. Strach, podsycany przez jego kłamstwa, rozlewał się niczym pożar.
“Ona jest winna burzy! Naszych plonów! Wszystkiego!”
Zaczęli skandować. “Samosąd! Samosąd na czarownicy!”
Czułam na sobie spojrzenie Radomira. W jego oczach nie było strachu, tylko starożytny smutek i gotowość do walki.
ROZDZIAŁ 4: Cichy ślad brata
Mieszko miał zawsze cichą naturę. Nie rzucał się w oczy, ale widział więcej niż inni.
Tej nocy nie wyruszył za mną, ale szedł za Samborem, wyczuwając fałsz w jego pośpiechu. Gdy Sambor i jego strażnicy uciekli z kurhanu, Mieszko wślizgnął się w cień.
Obóz straży był chaotyczny. Deszcz dzwonił o hełmy, a ludzie Sambora gorączkowo próbowali się przegrupować.
Wśród porzuconych sprzętów, tuż obok przewróconego taczki, Mieszko dostrzegł coś. Ciemny, ciężki płaszcz.
Był zakrwawiony.
Mieszko poznał go natychmiast. Należał do Bogusia, jednego ze strażników, którzy zginęli tydzień wcześniej. Sambor twierdził wtedy, że Boguś i drugi pachołek zginęli podczas potyczki z leśnymi zbójcami.
Mieszko pamiętał ich twarze. Ich rodziny opłakiwały ich śmierć.
Złapał płaszcz, czując lepką ciecz. To nie była stara krew. Ten płaszcz był porzucony w pośpiechu, nie uprany.
Nie mogła być to krew Bogusia, gdyby zginął tydzień temu.
To musiał być dowód na to, że Sambor sam próbował rozkopać kurhan. Wcześniej. I to on odpowiadał za ich śmierć.
ROZDZIAŁ 5: Przeobrażenie wśród gromów
Zbrojni kasztelana, podburzeni przez Sambora, otoczyli uroczysko. Pioruny rozświetlały ich stalowe hełmy.
Sambor wskazał na mnie. “Tam jest! Tam jest ta istota i czarownica, która ją uwolniła!”
Radomir stanął przede mną. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie bólu i wściekłości.
“Nie pozwolę…” – zaczął, jego głos grzmiał, dorównując burzy.
Wtem, powietrze wokół niego zadrżało. Jego skóra zaczęła pękać, odsłaniając lśniące łuski. Kości chrzęściły, mięśnie puchły.
Jego ciało wyginało się, stając się czymś potężniejszym, starszym niż góry.
W ciągu kilku uderzeń serca, Radomir przybrał swoją prawdziwą postać. Olbrzymi, łuskowaty smok. Jego skrzydła zasłoniły niebo, a z paszczy wydobył się ryk, który wstrząsnął ziemią.
Zbrojni zamarli. Ich łuki i miecze upadły na mokrą ziemię.
“Wanda, ty jesteś…” – zaczął smok, jego głos był głęboki jak rzeka. Chciał wyjawić tajemnicę mojego rodu, to czułam.
Nagle niebo rozdarł potężny piorun, uderzając w drzewo tuż obok.
Huk zagłuszył jego słowa. W tym samym momencie deszcz strzał posypał się na smoka. Nie zdołałam usłyszeć. Nie zdołałam pojąć.
ROZDZIAŁ 6: Ogień na skraju uroczyska
Chaos ogarnął polanę. Smok walczył ze zbrojnymi, a myślałam tylko o tym, co Radomir chciał mi powiedzieć.
Jednak z lasu, niosąc pochodnie, wyłonił się inny tłum. Rozjuszony, oślepiony strachem.
To byli mieszkańcy osady, podburzeni przez Sambora.
“Spalić ją! Spalić jej dom!” – krzyczeli, ich głosy były pełne nienawiści.
Na czele tłumu, z pochodnią w dłoni, biegł Sambor. Jego oczy błyszczały szaleństwem.
Ich celem nie było już tylko uroczysko. Zmierzali w stronę mojej leśnej chaty, położonej na skraju puszczy.
Zrozumiałam, co Sambor chce zrobić. Nie tylko pozbyć się mnie. Chciał zniszczyć wszelkie ślady po pergaminach, które zbierałam. Po ziołach, które suszyłam.
Ziołach, które on sam zlecił mi zbierać dla jego chorej matki. Ziołach, o których wiedział, że są zapisane w starych księgach rodowych mojej matki.
Czułam, jak ogarnia mnie przerażenie. Jeśli ogień strawi moją chatę, zniknie wszystko.
ROZDZIAŁ 7: Odnaleziona druga połowa
Mieszko śledził Sambora. Widział, jak ten uciekł z kurhanu i jak podburzył tłum.
Gdy Sambor wraz z rozwścieczonymi wieśniakami ruszył w stronę chaty, Mieszko rzucił się do działania. Zniknął w gęstwinie.
Dotarł do konia Sambora. Zwierzę, spłoszone hukiem i krzykami, szarpało się, ale było uwiązane do starego dębu.
W zamieszaniu nikt nie zwrócił uwagi na cichy ruch.
Mieszko szybko odwiązał sakwę przy siodle. Jego palce przeszukały wnętrze.
Pomiędzy zrolowanymi skórami, które Sambor zawsze nosił ze sobą, Mieszko wyczuł coś twardego. Był to papier.
Wyciągnął go.
Był to drugi fragment dokumentu. Pęknięty, ale pasujący idealnie do tego, który widział u Wandy w kurhanie.
To był list. Pisany w pośpiechu, ale wyraźnie. Sambor oferował w nim kupcom z południa dostęp do starożytnych grobowców na uroczysku.
W zamian za złoto. Dużo złota. Wspomniał o pięciu cetnarach w zamian za pieczęć.
ROZDZIAŁ 8: Zniknięcie w mroku leśnym
Bitwa smoka ze zbrojnymi była nierówna. Kilkunastu ludzi z mieczami i łukami przeciwko istocie z legend.
Smok Radomir ryczał, powalał ludzi, jego pazury rozszarpywały. Ale strzały raniły go. Pioruny, choć nie celowane, osłabiały go.
Widziałam, jak traci siły.
Zbrojni cofali się, ale ich zapas strzał wydawał się nie mieć końca.
Nagle smok odepchnął ostatnich napastników z furią, która wstrząsnęła ziemią.
Potem z rykiem wściekłości i bólu wzbił się w mroczne, burzowe niebo.
Jego potężne skrzydła uderzały o powietrze, znikając szybko w gęstym lesie.
Zniknął. Zostałam sama.
Polana ucichła, z wyjątkiem szumu deszczu i oddalających się jęków rannych. Pozostali przy życiu strażnicy, przerażeni, ale i zszokowani, powoli zaczęli się do mnie zbliżać.
Byłam wyczerpana. Osaczona. I zupełnie sama.
ROZDZIAŁ 9: Przybycie kasztelana Jaczewskiego
Łuna ognia nad moją chatą była już widoczna. Dym zasnuwał niebo.
Krzyki tłumu i wrzawa walki nie uszły uwadze nawet w kasztelanii. Z oddali dobiegł huk rogów.
Nagle, zza drzew, wyłonił się oddział kasztelana Jaczewskiego. Na jego czele, na potężnym wierzchowcu, jechał sam kasztelan.
Jego twarz była surowa, oczy przenikały ciemność.
“Co tu się dzieje?!” – zagrzmiał jego głos, niosąc się przez mokre powietrze.
Sambor, cały w błocie, ale z triumfalnym uśmiechem na twarzy, rzucił się do kasztelana.
“Panie! To ona! Ta czarownica sprowadziła demona! Wypuściła potwora! Trzeba ją ściąć! Natychmiast!”
Wskazał na mnie oskarżycielsko. Zbrojni kasztelana otoczyli mnie. Ich miecze błyszczały w świetle pochodni.
Czułam na sobie ciężar wzroku kasztelana. W jego oczach widziałam wahanie, ale i strach. Władcy nie lubią niepokojów.
Moje życie wisiało na włosku.
ROZDZIAŁ 10: Odczytanie dowodu na polanie
Strażnik kasztelana podniósł ciężki topór. Zimne ostrze lśniło tuż przed moimi oczami.
Moje serce waliło jak oszalałe. Widziałam w jego oczach bezwzględność.
“Czekajcie!” – nagle rozległ się ostry głos.
Z gęstwiny lasu wybiegł Mieszko. Jego oddech był urywany, twarz spocona, ale w oczach miał determinację.
W ręku trzymał połączone części pergaminu. Były lekko wilgotne od deszczu, ale pismo było wyraźne.
“Ona jest niewinna!” – krzyknął Mieszko, stając przede mną. “To Sambor jest zdrajcą! To on!”
Wszyscy zamilkli. Sambor zbladł, jego uśmiech zniknął.
Mieszko podniósł pergamin. Jego głos, choć zazwyczaj cichy, teraz rozbrzmiał na polanie.
“Posłuchajcie! To list Sambora!” – zaczął czytać. “Oferuję kupcom z południa dostęp do starożytnych grobowców w zamian za złoto! Chcę przełamać pieczęć i obrobić kurhan, zrzucając winę na Wandę Kalinowską!”
Słowa Mieszka echem odbiły się wśród drzew. Cisza była ogłuszająca.
ROZDZIAŁ 11: Ucieczka bezsłownego zdrajcy
Kasztelan Jaczewski spoglądał na Sambora z narastającą odrazą. Jego twarz stężała.
“Rozbroić go!” – rozkazał, a jego głos był zimny jak lód.
Dwaj strażnicy rzucili się na Sambora.
Sambor, widząc, że został zdemaskowany, jego plan legł w gruzach, a jego ambicje zostały zdeptane, wpadł w panikę.
Z wściekłością, której nie widziałam u niego nigdy wcześniej, wyrwał miecz jednemu ze strażników.
Zahaczył ostrzem o bok drugiego, raniąc go lekko.
“Nie!” – wrzasnął Sambor, jego oczy były jak u rannego zwierzęcia.
Potem rzucił się do ucieczki. Zniknął w gęstym, ciemnym lesie uroczyska, jego kroki zagłuszał szum deszczu.
Kasztelan obserwował go, nie dając rozkazu pościgu. Być może wstydził się, że jego dowódca straży okazał się takim łotrem.
Ludzie patrzyli na mnie, a potem na miejsce, gdzie zniknął Sambor. Rozwścieczony tłum, który przed chwilą domagał się mojej śmierci, teraz milczał w zakłopotaniu.
ROZDZIAŁ 12: Tajemnica pieczęci krwi
Mieszko z szacunkiem podał kasztelanowi pergamin. Kasztelan, marszcząc brwi, przebiegł wzrokiem po zapisanym tekście.
Jego spojrzenie zatrzymało się na dolnym fragmencie, na którym widniał dziwny symbol.
“Czym jest ten znak?” – zapytał, a jego głos był pozbawiony dotychczasowej surowości.
Mieszko, widząc jego zdziwienie, odebrał pergamin. Wskazał palcem na wyblakły wzór.
“To znak rodu Kalinowskich, panie kasztelanie” – powiedział cicho. “Mój i Wandy.”
Kasztelan przeniósł wzrok na mnie, a potem z powrotem na pergamin. Jego oczy rozszerzyły się.
“Pieczęć kurhanu…” – szepnął Mieszko, a ja poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. “Mogła zostać przełamana tylko przez krew potomka dawnych stróżów.”
“Nie wiedziałam…” – wykrztusiłam.
Sambor wiedział. Wiedział od początku o moim rodowodzie. O tym, że moja rodzina od pokoleń strzegła tej pieczęci.
Wykorzystał mnie. Wykorzystał moją dłoń na kamieniu. Celowo uwikłał mnie w złamanie klątwy.
Byłam nieświadomym narzędziem w jego bezwzględnych rękach.
ROZDZIAŁ 13: Pożar i popioły intrygi
Deszcz, który przez całą noc szalał, powoli zaczął ustępować.
Strażnicy kasztelana szybko ruszyli w stronę mojej chaty. Zaczęli gasić zarzewie ognia, który trawił drewniane ściany.
W oddali widać było dym, ale najgorsze udało się powstrzymać. Dom stał, choć częściowo spalony i okopcony.
Mieszkańcy osady, którzy jeszcze przed chwilą krzyczeli o samosądzie, teraz milczeli. Stali z opuszczonymi głowami, wstydząc się swojej gwałtowności.
Ale ich spojrzenia, gdy na mnie patrzyli, wciąż były pełne lęku i nieufności.
Kasztelan Jaczewski, po dłuższej chwili namysłu, odwrócił się. Wskazał na mnie dłonią.
“Zostawcie ją. Zbadać sprawę dokładnie” – rzucił, a jego głos był bezbarwny.
Potem wsiadł na konia i odjechał ze swoim pocztem. Nie było jasnego wyroku. Nie było oczyszczenia mojego imienia w ich oczach.
Zostałam sama z Mieszkiem, a w powietrzu unosił się zapach spalonego drewna i niewypowiedzianych oskarżeń.
ROZDZIAŁ 14: Poranek bez odpowiedzi
Noc bolesnych wydarzeń powoli ustąpiła miejsca szaremu, mokremu porankowi.
Wraz z Mieszkiem próbowaliśmy zebrać resztki ocalałych ziół z pogrzebiska pod chmurami. Wiele bezpowrotnie zniszczył ogień i woda.
W lesie panowała głęboka, niepokojąca cisza. Nie było słychać śpiewu ptaków.
Tylko wiatr szumiał w gałęziach.
Ślady po wielkich pazurach smoka wciąż widniały w pękniętej ziemi uroczyska. Były zbyt wyraźne, zbyt realne.
Niebo było zachmurzone, jakby samo nie mogło zdecydować, czy ma padać, czy rozjaśnić się.
Radomir zniknął. Nie wiadomo, czy przeżył starcie. Czy wróci.
Sambor uciekł w głąb lasu. Bezbronny, zhańbiony, ale wolny.
Czułam ciężar niewiadomej. Ile z tego koszmaru było moim losem, a ile okrutną intrygą?
ROZDZIAŁ 15: Przy prostej ławie leśnej chaty
Minęło kilka godzin. Dzień powoli zmierzał ku wieczorowi.
Siedziałam w półmroku prostej izby. Zapach dymu wciąż wisiał w powietrzu, mieszając się z wonią mokrej ziemi.
Piłam zimną wodę z glinianego kubka, próbując uspokoić dygoczące dłonie.
Mieszko krzątał się po zrujnowanej kuchni, próbując ocenić straty.
Życie wracało do pozornej zwyczajności, ale nic już nie było takie samo.
Słowa Radomira, przerwane piorunem, wciąż echem odbijały się w mojej głowie. Kim naprawdę byłam?
Niewypowiedziana tajemnica mojego rodu, ukryta w starym kurhanie, wciąż czekała na swoje odkrycie.
A Sambor, choć zhańbiony, nie został schwytany. Pozostał cieniem, który mógł wrócić w każdej chwili.
Deszcz zmył krew z kamieni, ale deszcz nie zmyje niepokoju, który zamieszkał w moich piersiach.
Leave a Reply